Szkoła Podstawowa SLAVIA
Liceum Ogólnokształcące SLAVIA

 

Dyrektorskim okiem

Śpiewające spotkania

Nie wiadomo, kiedy minęły listopad i grudzień. Wiadomo, że wszyscy zmęczeni. Co za pech: żadnego długiego weekendu. A u nas koniec roku kalendarzowego to koniec I semestru. Wcześniej odbyliśmy z pieśnią na ustach dwoje Świąt... śpiewająco. Państwowe i liturgiczne. Myślę o 11 listopada czyli rocznicy odzyskania niepodległości i o Bożym Narodzeniu.

Pan od historii przygotował krótki wykład rocznicowy. Urozmaicił go anegdotą i oryginalnymi materiałami dydaktycznymi – gazetami z 11 listopada 1918r. (kserokopie). Podobało się. W ramach akcji „rozśpiewać Polskę” wykonaliśmy kilka utworów a’ capella. Może nie były to popisowe wykonania (uwaga uczennicy ze szkoły muzycznej), ale patriotyczne teksty wybrzmiały. Jeden z uczniów próbował nawet popisać się znajomością... hymnu ZSRR. Koledzy go wyciszyli. Ciekawe jedno i drugie. Muszę podrążyć temat.

W naszej szkole przeważyło stanowisko, że Wigilia i dzielenie się opłatkiem należą zdecydowanie do sfery prywatnej. Wigilii w szkole nie ma, ale jest śpiewające czyli kolędowe spotkanie przy stołach z białymi obrusami i skromnym poczęstunkiem: pierniki, ciasta, mandarynki... Są życzenia. Chipsy zostały skonfiskowane, na „po świętach”. Niezawodni – jak zawsze – rodzice dostarczyli do szkoły cieplutkie, pachnące krokiety. Niestety – pojawiły się za wcześnie i za dobrze pachniały. Zostały więc spożyte godzinę przed biesiadą właściwą. Trzeba obiektywnie przyznać, że wszyscy byli głodni i że spożywali je zarówno uczniowie jak i nauczyciele. W atmosferze radości. Wspólnej.

Czyż nie należy takich chwil celebrować?

Jakoś o dziwo – było już po lekcjach – nikomu nie spieszyło się do domu. Na koniec wszyscy zajęli się robieniem porządków. Jeśli powtarzamy notorycznie, że „u nas jak w rodzinie”, to ten dzień był tego serdecznym exemplum.

Leokadia Pawliszak


Październik czyli Dzień Nauczyciela

Najważniejszym wydarzeniem w październiku jest, oczywiście, Dzień Nauczyciela, bo nazwa: "Dzień Edukacji Narodowej" - się nie przyjęła. Przynajmniej u nas. Szkoła niewielka, uczniów też niewielu więc w tej świątecznej sytuacji przeważają działania indywidualne nad zespołowymi. Jest to nb. dobra okazja, by konkretnemu nauczycielowi podziękować za coś ważnego (szczególnie cenione są "cierpliwość", "życzliwość" i "serce").

Zanim jeszcze zwiędły świąteczne kwiatki, trzeba było szykować się na szkolną wycieczkę... do przepięknego Krakowa. Miasto skarbów można podziwiać tygodniami. Wybraliśmy więc wąski temat: Śladami Młodej Polski. Na początek podziwialiśmy jesienną panoramę Wzgórza Wawelskiego, które wg zamysłu S. Wyspiańskiego, można było przerobić w "teatr ogromny", znakomicie nadający się do wystawiania w nim monumentalnych sztuk historycznych. Wrażenie robiły niesamowite, pełne dynamiki, barwne witraże w Kościele Franciszkańskim (Bóg Ojciec).

Poranną kawę i herbatę (z serniczkiem, na szydełkowanych obrusach) spożyliśmy w klimatycznej kawiarni zwanej "Jamą Michalikową", rozpoznając jednocześnie na ścianach obrazy i rysunki znane z podręczników.

Muzeum - dom Jana Matejki przyciągał uwagę tyleż stylowymi meblami, licznymi rycinami, zdjęciami i obrazami co... kolekcją narzędzi tortur z więzień krakowskich.

"Jakie te obrazy są ogromne" - dziwili się uczniowie w Muzeum Narodowym (Sukiennice), podziwiając dzieła mistrzów "z epoki", znane im jako małe reprodukcje podręcznikowe.

Ja podziwiałam władze Krokowa za to, że ulgowe bilety dla dzieci i młodzieży wycenili na jeden zł (kto powiedział, że to centusie krakowskie?!).

Rynek (w swoim czasie największy w Europie) zachwycał bogactwem historycznych obiektów i pełnią życia kulturalno-obyczajowego oraz międzynarodowym towarzystwem.

Ukoronowaniem wyjazdu była wizyta w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Obiekt przepiękny sam w sobie, z niezwykłą kurtyną H. Siemiradzkiego, a do tego sztuka Moliera "Chory z urojenia". Tytułową rolę grał Andrzej Grabowski. Popis gry aktorskiej urozmaicił niemal operową arią, a tekst sztuki "wzbogacił" wzmianką o strajku lekarzy-rezydentów, za co zebrał osobne brawa.

Nikt się nie zgubił. Nikt się nigdzie nie spóźnił. Czegóż chcieć więcej - rozmarzyli się pod koniec wycieczki nauczyciele.

Dwa dni później dowiedziałam się w szkole, że uczniowie już rozpoczynają zbieranie pieniędzy na wycieczkę do Warszawy, a mnie zapytali "kiedy jedziemy do teatru?". To dopiero prezent na Dzień Nauczyciela! Życie jest piękne.

Leokadia Pawliszak


Początek roku szkolnego

I ruszyła maszyna. Nie wiem dlaczego na początku każdego roku szkolnego natrętnie towarzyszy mi wierszyk o lokomotywie. Coś mi jednak nie pasuje. Jakie "powoli", jakie "ospale". Po remontowych wakacjach, po przekształceniu gimnazjum w szkołę podstawową. Zostańmy przy "ruszyła", a nawet ruszyła z kopyta. Plan lekcji innych szkół trzeba skorygować z naszym, bo mamy również nauczycieli z placówek państwowych. Zmiana (np. losowa) w zaprzyjaźnionej szkole powoduje, że nasz plan się wali. Po raz kolejny mogę więc powiedzieć, jakie to szczęście, że nasi uczniowie uczą się w swojej klasie, w swojej ławce, cały tydzień (poza językami obcymi, informatyką i zajęciami artystycznymi). Przynajmniej w tym obszarze plan jest łatwy do opanowania. Kolejna zmiana - kadra. Trzon jest stabilny od lat, ale prawie co roku następują jakieś zmiany. Wróciliśmy do lekcji tańca (po paru latach przerwy) i stąd potrzeba zatrudnienia nowego specjalisty. Udało się. Świetna Prowadząca z mnóstwem pomysłów na tańce, układy choreograficzne, ćwiczenia ruchowe. A ponieważ "Pani od przedsiębiorczości" poszła w dyrektory, pojawiła się nowa Pani, która od razu ujęła moje dyrektorskie serce pytaniem, czy będzie mogła prowadzić zajęcia poza szkołą. Oczywiście! Zachwyciłam się. Wszak "non scholae sed vitae discimus". No i podstawa programowa tego wymaga. Jak nauczymy młodzież życia, od tegoż życia ją izolując.

W imię ww. zasady na początku roku szkolnego pojechaliśmy do skansenu wsi opolskiej w Bierkowicach. Fenomen "Chłopów" Reymonta polega m.in. na tym, że kosmos pewnej grupy społecznej, w której rozgrywają się reprezentatywne ludzkie dramaty, autor umiejscowił w jednej wsi. Sporadycznie akcja dzieje się poza Lipcami. Ta myśl natrętnie towarzyszyła mi podczas spaceru po muzeum: chaty, szkoła, kościół, spichlerz, kowal... Wszystko inne, a ludzie tacy sami: miłość, rywalizacja, zazdrość, władza, egoizm, pieniądze, konflikt pokoleń... Dla moich uczniów to też był "kosmos", tylko że w ich rozumieniu tego słowa. Nie chciałam ich katować kartami pracy, czy konkursem z serii "bystry obserwator". Może to był błąd. A tak - przeszli się, rzucili okiem, coś tam posłuchali i dalej... Dłużej zatrzymali się w chacie z ekspozycją mieszkania przesiedleńców ze Wschodu - ich dziadków. Z uwagą też słuchali opowieści o dawnym nauczaniu (z rózgami w tle). Pozwolę sobie jednak na luksus myślenia, że ułatwi to czytanie i rozumienie Reymontowskich "Chłopów".

Pisałam o nowej kadrze. Na koniec o starej, bo są u nas osoby pracujące tu 20. rok, np. Pan R. Z optymizmem patrzy na świat. Wychodząc ze szkoły z ww. optymizmem, rzucił: nasz absolwent ledwie skończył studia, otrzymał propozycję pisania doktoratu na KUL-u. A to mi przypomniało, że przecież na spotkanie z rodzicami mogę poprosić psycholog, panią doktor, naszą absolwentkę, która oprócz fachowej wiedzy ma i ten atut, że zna specyfikę naszej szkoły. Bo październik to dobry czas na przegadanie z rodzicami planu dydaktyczno-wychowawczego.

Leokadia Pawliszak


Dyrektorskie wakacje

Piszą o naszej szkole nauczyciele, uczniowie a dyrekcja - milczy (tyle, że o niej piszą inni). Nic gorszego niż brak równowagi, spieszę by tę zachować. A tematy - jak pieniądze - leżą... w zasięgu ręki. Temat bieżący - wakacje. Słowa, które często słyszałam ostatnio brzmiały: "to już masz wakacje? to jeszcze masz wakacje?" Raz tylko ośmieliłam się sprostować, że wakacje to mają moi uczniowie, a ja mam urlop. Jaki? Normalny. Stricte dyrektorski. Ledwie "na świadectwach ulecieli uczniowie" był czas (najwyższy), by zająć się pracami porządkowymi różnej proweniencji. Jak to na swoim, w prywatnej szkole "dyrektor żadnej pracy się nie boi", zaczęłam od gruntownych porządków w bibliotece szkolnej, bo tę funkcję (szkolnego bibliotekarza), też sobie powierzyłam. Przez tydzień układania, segregowania upornie towarzyszyło mi filozoficzne pytanie: skąd to wszystko się bierze? Gazety, gazetki, plansze, stare podręczniki (od pewnego czasu mamy więcej starych niż nowych), płyty, gry planszowe, pomoce dydaktyczne... Żywa ilustracja na poparcie tezy Huizingi, że gromadzenie rzeczy zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa. Ale było warto! Po tygodniu w bibliotece pojaśniało, zrobiła się jakaś większa, przybyło (ciut) miejsca na półenkach. Nasza pani wizytator onegdaj się zdziwiła, że w ogóle mamy bibliotekę (w szkole prywatnej?). My się też zdziwiliśmy (szkoła bez biblioteki?).

Następna działka to dokumentacja szkoły - do przejrzenia, posortowania. Ład oprócz tego, że jest "ładny", naprawdę ułatwia funkcjonowanie. To się opłaca.

Ale wszystko niczym, wobec takiego "hiciora" - jak mawiają nasi uczniowie - jak remonty. Te zapełniają całe wakacje (czytaj urlop lub odwrotnie). Dzięki nim nie można się nudzić. Ale ileż niespodzianek po drodze, jak można poćwiczyć kreatywność i intelekt. Na początek roku szkolnego - jak znalazł. Przykłady? Miał przyjść fachowiec (ostatecznie!) na wtorek. Nie przyszedł ani we wtorek, ani we środę, ani... Szukam więc następnego. Ileż pomysłów, telefonów, ciekawych rozmów...

Ale to nic, wobec niespodzianek kosztorysowych. Miało kosztować pięć tysięcy, ale okazało się, że ledwie dziesięć starczy. Materiały podrożały, zakres robót się poszerzył: niby było dobre, ale jak się ruszyło, to się okazało, że dobre nie jest... I tu wielkie pole dla dyrektorskiej kreatywności. Wiadomo, że z pustego to i Salomon nie naleje, ale co wolno Salomonowi, to niekoniecznie - dyrektor szkoły prywatnej. Ta - musi. I zaczyna się łamigłówka: jak zdobyć pieniądze, jak poprzesuwać wydatki nie wg kryterium "ważne", ale wg kryterium "terminowe". Dobrze, że ma się świetnego matematyka jako zastępcę. Dajemy radę! Do tego (ja ciągle o remontach) drobne zakupy i sprzątanie. Pani Woźna - na zasłużonym urlopie. Wpada Nieoceniona Mama i zabiera (wszystkie!) szkolne firanki do prania i prasowania. Nawet sama je z okien ściąga. Wychodząc woła: "A jakie ciasto na początek Roku?" Bo wiadomo, że dwudziesty rok w SLAVII na "zakończenie" jest grill, a na "rozpoczęcie" ciasto i kawa. Rodzice, uczniowie i nauczyciele. Razem. Czy to nie piękne? I dla takich chwil to wszystko nabiera sensu, a może nawet blasku. A w szkole już błyszczą nowe ściany, podłogi...

Leokadia Pawliszak